piątek, 19 listopada 2021

Gdzie są Twoje korzenie? (Muzeum w przestrzeni - Brzeziny)

 

Zwiedzałem wczoraj  „Muzeum w przestrzeni” Co to jest to „Muzeum w Przestrzeni”?



 Powiedziałbym, że to coś osobliwego, taka wystawa, która się ciągnie przez sto kilometrów i można ją oglądać jadąc rowerem albo uprawiając turystykę pieszą. Pieszą czyli idąc z buta. Muszę podkreślić, że do takiego łażenia z buta sugerowane są buty trekkingowe – czyli wygodne, nieprzemakalne i niepowodujące obrażeń stóp przy przemarszach dłuższych niż cztery godziny. Warto też się dobrze ubrać, ciepło i wodoszczelnie na wypadek deszczu, jednak ja życzę wszystkim dobrej pogody. I tak sobie zwiedzałem wczoraj przestrzenne muzeum na odcinku dziesięciu kilometrów, podziwiałem nieistniejące kaplice, fotografowałem trzynastowieczne kościoły i…

 

– O MAMO! – wrzasnąłem nagle – JAK TO SIĘ MOGŁO STAĆ?

 

Idąc leśną, pełną opadłych, mokrych liści ścieżką, błądząc wzrokiem po gołych gałęziach drzew (zawsze w takich chwilach myślę, że drzewa to wstydu nie mają, że tak się negliżują publicznie), słuchając świergotu ptaku i wdychając jesienne, wilgotne powietrze, wypatrzyłem tabliczkę. Nic nadzwyczajnego, w końcu wiele takich tabliczek informacyjnych znajduje się w „Muzeum w przestrzeni”. Tylko ta była tak jakby schowana w lesie i żeby ją dostrzec, trzeba było się wzrokiem prześwidrować przez konary. A w moim przypadku jeszcze doszła kwestia zapadania zmroku. Jednak udało mi się dostrzec tablicę po mojej prawej stronie.

 

– O, coś ciekawego widzę na mojej trzeciej – zaświtała mi we łbie myśl – kierunek moja trzecia.

 

Przedzieram się przez teren przypominający scenerię z Robin Hooda, a konkretnie z tego lasu, w którym Robin Hood urzędował ze swoją bandą. Idę, zbliżam się do tabliczki i czytam: PO PRAWEJ STRONIE W MŁODYM ZAGAJNIKU ROŚNIE TRZYSTULETNI DĄB.



– No to troszkę wydarzeń przeżył – pomyślałem – całe zabory, dwa konflikty światowe, twórczość Doroty Rabczewskiej zwanej Dodą oraz Michała Wiśniewskiego.

 

Szukam staruszka, patrzę i… trzystuletni dąb leży powalony na ziemi leży.




 

– O MAMO! – wrzasnąłem nagle – JAK TO SIĘ MOGŁO STAĆ?

 

Żal mi serce ścisnął, kiedy dotykałem omszałego, trzystuletniego martwego kolosa. Do głowy przyszła mi tylko jedna myśl: JAK SIĘ WALI, TO WSZYSTKO. NAWET TRZYSTULETNI DĄB.

 


Tak na serio, to wydaje mi się, że ten dąb by żył długo i szczęśliwie, gdyby nie… no gdyby nie wyżej już wspomniany Michał Wiśniewski i Dorota Rabczewska. Porzekadło głosi, że co nas nie zabije, to nas wzmocni… niestety, Michał i Dorota okazali się prawdziwymi killerami.

Mimo przedstawionej tu, tragicznej historii dębu, uważam, że warto się było wybrać do „Muzeum w przestrzeni”. Kontakt z naturą, spalone kalorie, fasolka po bretońsku zjedzona na obiad nad rzeczką płynącą przez malowniczą dolinkę. Dzięki takim wyprawom, na pytanie „GDZIE SĄ TWOJE KORZENIE?” będę mógł odpowiedzieć „NIE WIEM, ALE NA PEWNO NIE ZAPUŚCIŁEM ICH W KANAPIE.

 

 

Copyright by Paweł Brasławski

18.11.2021

 

wtorek, 16 listopada 2021

Czy wiesz, że w Łodzi…


 

Czy wiesz, że w Łodzi jest wymarła wioska. Tak, w mieście Łodzi jest wymarła wioska będąca niegdyś wioską młyńską(w skrócie – mąkę tam wyrabiali i dzięki temu chleb powszedni był dostępny). Traf chciał też tak, że znajduje się ta wioska w najniższym punkcie w mieście – jakbyś z tego miejsca poszedł trzynaście kilometrów na północny wschód, to wzniesiesz się o sto metrów – tam, na osiedlu Stoki, znajduje się z kolei najwyższy punkt miasta. Nie wiesz, ile to sto metrów na wysokość? To wyobraź sobie trzy jedenastopiętrowe wieżowce postawione jeden na drugim. Tak wygląda wymarły już Charzew dziś.

 










A teraz sobie wyobraź, że Charzew – bo tak się nazywała się ta wymarła wioska – była położona nad rzeką Ner. Ta niepozorna rzeka była w dawnych wiekach rzeką graniczną i dzieliła województwo łęczyckie od sieradzkiego. Legenda głosi, że kiedyś się te województwa zwalczały niczym dziś Widzew z Ełkaesem albo Wisła z Cracovią. Mieszkać wtedy w tamtych okolicach, to jak mieszkać na linii frontu… niestety to legenda niezweryfikowana. Prawdą jest tylko to, że o te tereny kiedyś się zabijali możni tego śiwata i wydzierali je sobie z rąk.

Ner - niegdyś była rzeka graniczna między województwami Łęczyckim i Sieradzkim - taka ciekawostka dla miłośników historii




 

Nie wiedziałbym o tym wszystkim – o tych granicach na rzece Ner, o wymarłych wioskach,  gdyby nie pewne znalezisko o nazwie „Łódź. Dzieje miasta. Tom pierwszy”. Taka książka, co ją kiedyś nabyłem. Drugiego tomu nie ma, nikt go nie napisał. Za to są Tom Cruise i Tom Hardy, ale oni nie mają nic wspólnego z tą historią ani tym bardziej z drugim tomem „Dziejów Łodzi”.

 

Do tych ciekawostek o wymarłem wiosce umiejscowionej na terenie miasta Łodzi dorzucę kilka zdjęć owianych mgłą tajemnicy.


W tej mgle unoszącej się nad lotniskiem leci samolot pasażerski.   Rozpłynął się w niej. Serio!







Czy wiesz, że w Łodzi grasuje kolorowy człowiek orkiestra?

 

Przyłapaliśmy człowieka - orkiestrę na ryneczku, który się odbywa w każdą niedzielę przy centrum handlowym Łódź – Retkinia. I miasto od razu nabiera kolorów i rumieńców.






 

Czy wiesz, że w Łodzi pojawili się ludzie, którzy zaczarowali muzyką park na Zdrowiu?

Film mówi sam za siebie.

 


Na dziś to tyle ciekawostek z Łodzi, pozdro i do zobaczenia:)

 

Copyright by Paweł Brasławski

16.11.2021 

wtorek, 9 listopada 2021

Nad rzeczką... (Czyli napisałem kolejne opowiadanie)

 
Napisałem kolejne opowiadanie – oczywiście dla Ciebie, chociaż dla siebie też trochę, bo lubię pisać opowiadania. Tworzyć historie różnego rodzaju lubię, bo ja jestem domorosłym opowiadaczem historii:) Dobrego dnia i… udanej lektury!


Łódeczka drewniana – wiosłami operował młodzieniec o rysach takich, że trochę przypominał Azjatę, a trochę za sprawą obfitej brody, Osamę bin Ladena – płynęła. Ślizgała się po błyszczącej rzece. Całkiem malowniczo się prezentował ten ściek, do którego z całego miasta spływały pomyje ze zmywarek, różnorakie produkty przemiany ludzkiej materii – spływało tam wszystko, oprócz czystej, życiodajnej wody. No bo rzeka ładna – ale… ryby, bobry, raki i wszystko, co żywe – jeśli nie umarło zatrute naszprycowaną chemią wodą – to raczej się stąd wyniosło. Obawiam się jednak, że jak się wyniosło, to wyniosło się w zaświaty. I płynęła sobie ta łódeczka przez rzeczkę z naszym wioślarzem dzielnie, przemykała między rosnącymi na brzegu wierzbami, aż w końcu dotarła do miejsca, w którym odbył się pewien kryminalny proceder.

 

 

Azjata o brodzie najbardziej znanego terrorysty zacumował łódkę przy niewielkim, drewnianym pomoście. Siedział na nim wędkarz, korzystając z rozkładanego krzesełka. Wędka zarzucona, w rękach wędkarza kiszony ogórek. Nasz wioślarz szybko i logicznie połączył kiszonego ogórka w rękach wędkarza i stojącą obok, opróżnioną do połowy flaszkę wódki.

 

– Przecież tu ryb nie ma – zagadnął do wędkarza wioślarz – w tej rzece zatrutej.

– Wiem, ale jakiś pretekst do chlania musi być – tamten odparł bełkotliwie strzepując komara z policzka – przecież nie powiem żonie po prostu, że idę chlać.

– A co ona na to, że ryb nie przynosisz?

– Przynoszę, tylko takie w markecie kupione, od razu przerobione na grecką sałatkę.

– Żonie pasuje taki układ?

– I jej, i jej kochankowi, co przychodził do niej podczas mojej nieobecności też pasował taki układ – wędkarz przechylił flaszkę, biorąc potężnego łyka. Spuścił głowę wpatrując się w deski pomostu.

– Przychodził? – zapytał się wioślarz.

– Tak, przychodził. Teraz już nie przychodzi, bo odszedł do innej…

– A to romantyk – przerwał mu wioślarz – playboy jakiś.

… – Do innej rzeczywistości, do tej samej, co te wszystkie ryby mieszkające w tej rzece kiedyś – spojrzał na wioślarza wymownie – odszedł z tego świata przed momentem. Wędkarz wskazał palcem na rosnące obok pomostu sitowie. – Tam leży w tej chwili. – Oczywiście świadków nie może być – dodał. Wyjął pistolet i ze stuprocentową celnością trafił w serce brodatego wioślarza. Huk się poniósł po powierzchni rzeki, odbił się od wierzb i zniknął gdzieś w oddali. Wioślarz osunął się na pomost, tracąc ducha. – Tak to jest – mruknął pijany wędkarz – jedni mają serce złamane, a inni przestrzelone. Po czym palnął sobie w łepetynę ze skutkiem śmiertelnym.

 

Tymczasem – niczego jeszcze nieświadoma żona wędkarza – wyłączyła zmywarkę, z której brudna woda z pomyjami i chemią z kapsułek spłynęła do rzeki, nad którą przed chwilą odbył się kryminalny proceder.


Ciąg dalszy nastąpi w policyjnym raporcie.



Copyright by Paweł Brasławski

10.11.2021


Chcesz więcej moich opowiadań? Kliknij w >HISTORIE NIGDZIE NIEPUBLIKOWANE<

środa, 3 listopada 2021

Życie jak kino

 

Siedzą ludzie w poczekalni u lekarza na plastikowych krzesełkach. Zielonych jak liście rukoli. Mój wzrok skupia się na starszej, mogącej być moją babcią, kobiecie. Ma beret w kolorze jagód i czarne jak węgiel spodnie. Ma też wielką ochotę wejść do gabinetu, bo co pół minuty powtarza swoim chrypiącym głosem zdanie:

– No nie mogła by się ta kolejka szybciej posuwać.

Ma tak ochrypły głos, że jak mówi, to słychać jakby ktoś pumeksem po papierze ściernym szorował. Kolejka faktycznie się posuwa z szybkością pełzającego ślimaka oglądanego na filmie puszczonym w zwolnionym tempie.

Słucham jej słów i dziwi mnie, dlaczego jeszcze nie zdjęła swojego futra z norek zrobionego, przecież to zgrzać się można w takim pancerzu zimnochronnym. Jak na moje odczucie, to kaloryferów w poczekalni raczej nie zakręcili. Elektrociepłownia zaopatrująca osiedla w ciepło też chyba do pieca dużo węgla dołożyła. Mimo, że stoję w samym t – shircie, czuję się jak woda podgrzewana w czajniku.

 

– Biedne te norki, co je pani na sobie nosi – mówi do niej druga babeczka czekająca na swoją kolej. Ubrana w śnieżnobiały sweter i spodnie w tym samym kolorze emanowała jasnością niczym stuwatowy  halogen w nieprzeniknionych ciemnościach – jak te norki z futra obdzierali, to na pewno się darły, jakby je ktoś ze skóry obdzierał. Żal mi tych norek proszę pani.

– A pani nie żal języka strzępić po próżnicy? – odparowała ta w futrze marszcząc groźnie brwi… 

 

Kilka minut później słowa i zdania przybrały na ostrości, a jeszcze kilka minut później starsze panie przeistoczyły się – bo inaczej nie mogłem tego określić patrząc na uprawiające na podłodze zapasy starsze panie  -  w napędzane złością mopy.

– Ciekawe czy futrem z norek się wyciera podłogę skuteczniej niż przeznaczoną do tej czynności szmatką? – zastanawiałem się patrząc na to widowisko.

 

Wieczorem zasypiając i przypominając sobie ostrą scenę batalistyczną w przychodni, porozrzucane berety, poprzewracane krzesła, pazury rozszarpujące policzki przeciwnika, krew na ścianach i podłodze, doszedłem do wniosku, że filmy akcji – w których mordobicie podwyższa ich oglądalność – nie są wcale z palca wyssane. Jednak zobaczyć akcję niczym z Mortal Kombat na żywo - tak, jak widziałem to ja w przychodni – to przeżycie o wiele ciekawsze niż patrzenie na podobne sceny na ekranie. Niech żyje realny świat!

 

 

Copyright by Paweł Brasławski

3.10.2021

 

wtorek, 26 października 2021

Urządzenie, o którym nikt nie wie.

 

Wiosna 1925


Maniek rzucił książki w kąt.

– Co będę wkuwał na egzamin z biologii, kiedy wiosna zza okna mnie wzywa – gadał do siebie podekscytowany pierwszymi ciepłymi dniami.

Wyskoczył w miasto, sunął przez chodniki odurzony widokiem zwiewnych sukienek i odsłoniętych nóżek, odezwała się w nim samcza natura.

– Czy ja na pewno dobrze wyglądam? – zadawał sobie pytania przeglądając się w sklepowych witrynach. – Chyba dobrze. Przeciągnął dłonią po swojej bujnej blond czuprynie.

 

Tego dnia nie zapowiadali burzy w żadnych prognozach, a jednak się pojawiła. Razem z bocianami, które też zechciały właśnie przylecieć. O jakiej burzy mowa? O hormonalnej – burza hormonów, jaka się rozpętała w organizmie Mańka rozrosła się do rozmiarów zrywającego dachy i wyrywającego drzewa huraganu.

 

– Zaraz tu jakąś sikorkę znajdziemy – sapał Maniek rozglądając się dookoła – ślina mu z ust ciekła jak psu patrząccemu na pęto kiełbasy.

 

Sikorek nie brakowało, siedziały na ławkach, spacerowały parkowymi alejkami – do wyboru, do koloru. Dosłownie do koloru, bo na sukienkach przechadzających się dziewcząt było więcej barw, niż na malarskim dziale w Castoramie.

Upatrzył sobie białoskórą dziewczynę z długimi, czarnymi, jak wóz Biura Ochrony Rządu, włosami. Siedziała na ławce i czytała książkę.

– Co czytasz? – zapytał przysiadając się.

Czarnowłosa przeszyła go spojrzeniem swoich zielonych oczu. Można się było w nich zatopić, jak truskawka w bitej śmietanie.

– Chyba właśnie oberwałem strzałą Erosa – pomyślał Maniek czując trzepoczące skrzydłami motyle w brzuchu. Poczuł się też, jak na biwaku – w okolicach rozporka w spodniach rozłożył mu się namiot.

– I po co te ceregiele? – zapytała czarnowłosa, nie możemy przejść do rzeczy?

Maniek oniemiał, kiedy ta chwyciła go za dłoń. Wplotła swoje palce między jego palce i pociągnęła go w sobie tylko znanym kierunku.

 

Kilka chwil później siedzieli na ławce w parku.

– Fajny zakątek – pomyślał Maniek – zakryty przed oczami przypadkowych przechodniów,…

Nie zdążył dokończyć myśli – czarnowłosa przylgnęła malinowymi ustami do jego ust. Maniek poczuł się, jak w wesołym miasteczku na karuzeli – wszystko mu zawirowało. Popłynął z cudowną chwilą nie myśląc o niczym.

Zwrot akcji nastąpił niespodziewanie, rozdzieliła ich jakaś fizyczna siła. Wtargnęła między nich jak siekiera rozłupująca drewniany bal na pół.

– Co jest do jasnego lucyfera? – zaklął Maniek.

Czarnowłosa też była oszołomiona.

– A co tu państwo robią? – zapytała postać w mundurze trzymająca w dłoni urządzenie przypominające wielką literę X…

 

I tak się skończyły miłosne igraszki Mańka i czarnowłosej. Przyłapani przez policjanta na czynnościach prowadzących do podtrzymania gatunku, zostali rozdzieleni tzw. separatorem. Separatorem, czyli urządzeniem służącym do rozdzielania par publicznie okazujących sobie miłość np. właśnie na ławkach w parku. Bo takie posiadali policjanci w międzywojniu.

 

Historię tą napisałem w oparciu o książkę Kamila Janickiego „Epoka hipokryzji” traktującą o seksualnych oraz obyczajowych zagadnieniach w Polsce międzywojennej i w Polsce przedwojennej. Czy jest ciekawa? Zostawię to do osobistej oceny. Powiem tylko, że – zgodnie z  nazwą portalu WWW.ciekawostkihistoryczne.pl, patronującego książce Kamila – jest pełna zaskakujących ciekawostek. Takich chociażby, jak opisany powyżej separator.

 

Kończąc historię Mańka… Maniek zdał egzamin z biologii, i to praktyczny – kilka lat po opisanych tu wydarzeniach został biologicznym ojcem swojego syna Mariana. Z czarnowłosą właśnie. Oczywiście żyli długo i szczęśliwie.




Copyright by Paweł Brasławski

26.10.2021

czwartek, 21 października 2021

Nikt tak jeszcze nie mówił o technologicznym postępie. Felieton pełen smaku.

 
Tytuł tego wpisu powinien brzmieć "Przykładowy felieton". Bo to jest przykładowy felieton. Ale tytuł ma taki, jaki ma, nawiązujący do treści. Zapraszam do lektury.


Dorota do miski wsypała mąkę, drożdże w proszku, wlała do niej wodę, a potem uruchomiła kuchennego robota. Mieszał wsypane składniki na podobieństwo betoniarki mieszającej piasek, wodę i cement – z założenia  miało wyjść z tego ciasto na pizzę.

Super sprawa taki robot – człowiek sobie rąk nie utapla w mące z wodą wymieszanej, nie przemęczy się za bardzo. W końcu wyrabianie ciasta na pizzę rękoma nie jest czynnością lekką, raczej przypomina ręczne pranie i płukanie skarpetek. Robot kuchenny jest super wyręczycielem człowieka w kuchennych czynnościach.  Ubolewać można tylko nad jedną rzeczą – nad nierozwiniętą dostatecznie techniką. Bo, o ile robot połączy mąkę, wodę i drożdże w jedną całość, o tyle już nam tej mączno – wodno – drożdżowej masy nie rozwałkuje tak, żeby ją można było na blachę wrzucić w postaci gotowej do upieczenia w piekarniku. No i do piekarnika też nam jej nie wrzuci. Widziałem co prawda takie roboty wielofunkcyjne kiedyś dawno temu. Nnawet mi się podobały, ale teraz  już nie do końca wierzę w to, co pokazują w bajkach dla dzieci.

 

Dorota rozwałkowała ciasto drewnianym wałkiem, wrzuciła na blachę uformowanego, gotowego do upieczenia placka, napakowała na niego składników tak zwanych smakowitych, zamknęła go w grzejącej skrzynce zwanej piekarnikiem, podpaliła gaz i…

 

Rozpoczęła się nasza długa lekcja cierpliwości. Pizza, według przepisu, miała być gotowa za około czterdzieści minut.

Fajna sprawa taki piekarnik, ma coś wspólnego z kaloryferem, jakby go w domach nie było, to o domowym cieple nie byłoby nawet co marzyć. Oczywiście, że zawsze można zadbać o domowe ognisko, tylko… czy sąsiedzi byliby zadowoleni. Zresztą po co fatygować i tak już zawaloną wezwaniami straż ogniową?

Bo czterdziestu minutach pizza była gotowa do spożycia. Nawet nie umiem opisać słowami, jak się nasze kubki smakowe radowały gdy ją jedliśmy, tańczyły kankana z radości chyba.

 

Robot fajny i przydatny, kuchenka gazowa fajna i przydatna, ale… trzeba jeszcze pozmywać naczynia po tej kulinarnej imprezie. Tutaj technika nadążyła – Dorota posiadała zmywarkę. Fajnie, że nie trzeba zmywać. Fajnie, że nie trzeba zmywać, fajnie, że nie trzeba ręcznie wyrabiać ciasta na pizzę i fajnie, że można poddawać produkty cieplnej obróbce w piekarniku. Szkoda tylko, że jest inflacja i wszystko drożeje – rachunki za prąd napędzający kuchennego robota i zmywarkę i za gaz dający grzejący płomień w piekarniku. Ale schodząc z kwestii ekonomicznych na techniczne, to technika – mimo tego, że  nie jest dostatecznie rozwinięta, to jednak na przestrzeni wieków się bardzo rozwinęła. W skrócie można by ten rozwój określić w jednym zdaniu:

 

Od niewolnika do sprzętu AGD

 

21.10.2021

Copyright by Paweł Brasławski



Chcesz pisać dobre opowiadania, przeczytaj"jak napisać dobre opowiadanie?" Klik.


  

środa, 20 października 2021

Jesienna historia o ukrytych kosztownościach

 

Dawno nie było takiej złotej polskiej jesieni. Złoto, czerwień i, jak to leci w tej popularnej piosence, „liście lecą z drzew, liście lecą z drzew”. A wietrzyk to wiosenny, a nie jesienny wieje. Ciekawe czy nie jest mu szkoda, że na błękitnym niebie nie ma żadnej chmury, którą mógłby przegonić. I w takich pięknych okolicznościach przyrody Marian kopał na swoim podwórku dół. Nie robiłby tego, gdyby wcześniej na strychu kupionej niedawno nieruchomości nie znalazł starych zapisków. W pożółkłym zeszycie narysowana była mapa posiadłości, a na mapie punkt opisany jako „ TU JEST ZAKOPANY MÓJ NAJWIĘKSZY SKARB”. Obok mapy widniał opis: NAJWIĘKSZY SKARB – ZŁOTO MOJE BEZCENNE. Marianowi dwa razy nie trzeba było powtarzać: słowa „skarb i „złoto” działały na niego jak miód na Kubusia Puchatka. Wsiadł w auto, pojechał do marketu Obi na  dział ogrodniczy, nabył szpadel i…

 

Kopie, kopie, spocił się, zmęczył, ale kopie, słowa „złoto” i „skarb” napędzają go do działania. Są dla niego tym samym, czym jest prąd dla miksera kuchennego – źródłem energii.

Po dwóch dniach kopania podwórko wygląda jak okopy wojenne, a miejscami nawet tak, jakby je Luftwaffe zbombardowało bombami wielkiego kalibru.

– Jest! Jest! – wydziera się Marian wniebogłosy, natrafiając szpadlem na wielką metalową skrzynkę – Jest! Jest! – Tylko jak otworzyć to pancerne ustrojstwo? – zastanawia się. Ekscytacja nie pozwala mu trzeźwo myśleć.

W końcu wpada na pomysł. Znów wsiada w auto. Jedzie, tym razem do Castoramy na dział elektronarzędzi. Nabywa piłę elektryczną do metalu. Piłę i tuzin do niej tarczy…

 

Po trzech godzinach walczenia z piekielnie twardym metalem udało mu się otworzyć metalowe pudło. To, co zobaczył w środku kreatywny pisarz opisałby zdaniem „Kości zostały wrzucone”… do metalowej trumny. Bo skrzynka okazała się metalową trumną, w której leżał kościotrup. Ładnie ułożony, całkowicie zachowany – archeolog byłby zachwycony takim znaleziskiem.

– Co to ma być? – szepnął rozczarowany Marian. – Gdzie złoto i skarby? – A niech to wszystko krew nagła zaleje! – zaklął tak siarczyście, że aż ostry zapach siarki się uniósł w powietrzu.

Po kilkunastu minutach zdołał się troszkę uspokoić, co pozwoliło mu spojrzeć na sprawę bardziej trzeźwym okiem. Miał oko na tyle trzeźwe, że udało mu się nim dostrzec małą metalową tabliczkę leżącą obok czaszki kościotrupa. Była to taka sama tabliczka, jaką mają żołnierze na froncie, z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem. Podniósł ją i przeczytał wygrawerowany napis:

 

HONORATA – MOJA ŻONA, MOJE ZŁOTKO, MÓJ SKARB BEZCENNY. NA ZAWSZE BĘDĘ CIĘ KOCHAŁ.

TWÓJ JÓZIO

 

– No to mam swoje złoto i skarby – pomyślał załamany i rozczarowany Marian.

 

Kilka dni później wyniósł się z posiadłości zostawiając tabliczkę z napisem „NA SPRZEDAŻ”. Nie dlatego, że posiadłość była dla niego miejscem upokorzenia się wyniósł, wyniósł się ze strachu przed zmarłą Honoratą, której wieczny spokój prawdopodobnie naruszył. A bał się mocy nadprzyrodzonych od momentu, kiedy – dawno, dawno temu – egzorcysta z niego diabła wypędził.

wtorek, 19 października 2021

Jak napisać dobre opowiadanie? (Cztery cechy dobrego opowiadania)

 

Pytanie „Jak napisać dobre opowiadanie” jest bardzo dobre, przede wszystkim… zacznij pisać. Tylko zanim chwycisz pióro w dłoń, to wcześniej pomyśl o czym chcesz napisać. Bo dobry pisarz wie, o czym chce pisać. Gdyby nie wiedział, a brał się za pisanie, to prawdopodobnie wylądowałby w szufladce z etykietką „grafoman”. Czyli jak napisać dobre opowiadanie? Przede wszystkim nie pisz po próżni, bo Twoje pisanie będzie przypominać człowieka wiecznie gadającego, a z którego wywodów nic nie wynika. No i uwierz w siebie bardziej niż najzagorzalszy katolik wierzy w Jezusa. Bez wiary w siebie też daleko nie zajedziesz.

 

Jak napisać dobre opowiadanie?

 

·         Po pierwsze musisz stworzyć historię, w którą uwierzysz. Musisz też pamiętać, że jesteś swoim pierwszym odbiorcą i Tobie, jako pierwszemu odbiorcy musi się Twoje opowiadanie/Twoja historia podobać. Historię możesz stworzyć na dwa sposoby.

 

Pierwszym jest opisanie jakiejś zaistniałej już, wartej opisania sytuacji. To może być cokolwiek. Ja kiedyś napisałem opowiadanie o Marianie – człowieku który chciał się powiesić na kablu od myszki bezprzewodowej. Nie wiedział dlaczego jego próby ciągle spełzały na niczym. Z rozpaczy poszedł się upić bezalkoholowym piwem. Nie mogąc znaleźć ukojenia w tej formie zabijania smutku, rzucił się z najwyższego mostu na świecie z nadzieją, że w końcu ze sobą skończy. Zanim doleciał do ziemi, wyłączyłem telewizor, bo ten film z Marianem w roli głównej wcale mi się nie podobał. Mówiąc krótko – napisałem opowiadanie o filmowym bohaterze. Tylko imię mu zmieniłem i wiek, żeby nie było, że kopiuję czyjeś dzieła.

 

Drugim sposobem na stworzenie historii jest wcielenie się w perfekcyjnego kłamcę, a mówiąc konkretnie – w zmyślacza. Tak, zmyślacza – pisarz piszący opowiadania oparte na literackiej fikcji jest podłym kłamcą i zmyślaczem, człowiekiem uprawiającym konfabulację na kartkach papieru. Musisz kimś takim zostać. Musis zostać zmyślaczem. Jest to trudniejsze od opisywania zaistniałych już, autentycznych historii, bo… kłamać trzeba potrafić. Jeśli zaczniesz już zmyślać, musisz pamiętać o tym, żeby wszystkie szczegóły się zgadzały. Kolega kiedyś napisał opowiadanie o człowieku siedzącym w domu i wpatrującym się cały dzień w telewizor. Po kilkunastu godzinach takiego wpatrywania postanowił w końcu ten telewizor włączyć. Historia by może i nawet była fajna, gdyby na początku opowiadania bohater  nie pochwalił się, że nie ma w domu telewizora. Opowiadanie musi być spójne w każdym aspekcie i w każdym szczególe. Nie ma spójności, nie ma autentyczności.

 

·         Po drugie sceneria

Stwórz scenerię. Akcja opowiadania nie może się rozgrywać w próżni(no chyba, że rzeczy dzieją się w kosmosie. Jednak tam, mimo próżni, też jest jakaś sceneria, jakiś obraz tego miejsca). Najlepszym sposobem na stworzeni scenerii jest odwzorowanie jej z jakiegoś autentycznego miejsca. Wystarczy gdzieś się przejść, popatrzeć, wczuć się, a jak się nie chce chodzić, to ze zdjęć można odwzorowywać scenerię. Lepiej jednak jest się przejść i przyszłe miejsce akcji w naszym opowiadaniu powąchać, dotknąć, zobaczyć – wtedy będzie odwzorowane w pełnej krasie.

 

·         Po trzecie bohater.

Najlepszy dla dobrego opowiadania jest bohater uwikłany w jakiś konflikt. Bohater nieuwikłany w konflikt to nudny bohater i czytelnik nie będzie chciał raczej śledzić jego losów. Jak uwikłać bohatera w konflikt? Niech np. walczy z własnymi demonami, z własnym strachem… może nawet walczyć z babcią w ramach konfliktu pokoleń. Niech się z czymś albo z kimś zmaga, życie bez przeszkód jest nudne.

Jak stworzyć bohatera? Najlepiej wzorować go na prawdziwych postaciach. Obserwuj ludzi i opisuj ich słowami na papierze.

 

·         Po czwarte poczytaj opowiadania innych

Chociażby po to, żeby podpatrzyć ich styl. Być może zaobserwujesz coś ciekawego, co będziesz mógł zastosować w swoich opowiadaniach.

No i pamiętaj o chronologii, wiesz – wstęp, rozwinięcie, zakończenie – jak to mówiła moja pani od języka polskiego.

 

No to: „HEJ, PIÓRA W DŁOŃ” i… mam nadzieję, że choć trochę pomogłem znaleźć odpowiedź na pytanie Jak napisać dobre opowiadanie? Miłego dnia, tudzież nocy:)


Moje przykładowe opowiadanie(czas czytania - minuta bez trzydziestu sekund) Klik

 

 

 

Copyright by Paweł Brasławski

19.10.2021

Gdzie są Twoje korzenie? (Muzeum w przestrzeni - Brzeziny)

  Zwiedzałem wczoraj   „Muzeum w przestrzeni” Co to jest to „Muzeum w Przestrzeni”?  Powiedziałbym, że to coś osobliwego, taka wystawa, któr...

Popularne posty